niedziela, 22 kwietnia 2012

Opowieści o kogucie ciąg dalszy.


    To już zapewne ostatni fragment, który mogę opublikowć. Na resztę zapraszam do książki :)


      Poeta posłał Marysiowi naganne spojrzenie. Przysunął się do Pasażerki i końcem swojego szalika otarł jej łzy.
     - Już dobrze, nie trzeba płakać, tu naprawdę jest bardzo przyjemnie. A zobaczy pani jak miło będzie w zaduszki… - pocieszał biedaczkę jak mógł. – Tak kolorowo, jak na jakimś festynie… I dzieci też przychodzą…
   Przerwał mu dramatyczny szloch, który wyrwał się Pasażerce z piersi.
     - Dzieci…! – załkała.
     - I całe rodziny.
     - O Boże…!
     - I przynoszą znicze i kwiaty – ciągnął niezrażony Poeta. – A raz nawet przyniosły rysunki, dla mamusi w przedszkolu zrobiły. Takie kwiatki i słoneczko. No co? – obruszył się, kiedy Maryś z politowaniem popukał się w czoło.
     - Mam do pana prośbę – powiedział Maryś. – Nigdy, ale to przenigdy mnie pan nie pocieszaj. Pod żadnym pozorem.
    Dopiero po dłuższej chwili udało się Pasażerkę trochę uspokoić. Zniechęcony Poeta w milczeniu pogładził ją po głowie. Pasażerka pozwoliła otrzeć sobie łzy i znużona złożyła głowę na jego ramieniu. Poeta najpierw nieśmiało, a potem bardziej zdecydowanie objął ją w pasie.
    Młodsza Bliźniaczka przyglądała się tym umizgom ze źle skrywaną złością.
     - Sierotka Marysia, myślałby kto. A jeszcze wczoraj ten drań patrzył na mnie tak jakoś… inaczej niż zwykle. Byłam pewna, że wpadłam mu w oko – poskarżyła się szeptem Artystce. – Może to ten wianek… - poprawiła smętnie zwisające badyle.
     - Oko to mu ostatnio jakby bardziej wypada, zauważyłaś? – Artystka też poczuła zazdrość, choć nigdy nie myślała o Poecie jak o potencjalnym adoratorze. Za mało męski, jak na jej gust.
      Górnik przez jakiś czas przyglądał się wszystkiemu niewidzącym, otępiałym spojrzeniem, usilnie walcząc z ogarniającą go sennością. W końcu nie wytrzymał.
    - Ja tu na zalecanki nie przyszłem! – wziął się w garść, przetarł oczy i otrząsnął się jak mokry pies. – Albo z sensem zaczniecie gadać, albo znikam. Widać, że nic nie wymyślimy, dopóki ten sku…syn od świtania urządza koncerty, a tak się składa, że ja się stąd zwijać nie zamierzam. I mogiłka wygodna i towarzystwo niczego sobie… - popatrzył przed siebie nie zatrzymując wzroku na nikim, ale Artystka aż pokraśniała. – Z wyjątkiem co niektórych…Moja rada jest krótka:  głos mu odebrać, gnojowi jednemu.
    - Że co? Zabić? – oburzył się Poeta.
    - Tam zaraz zabić… – Maryś w lot pojął, co Górnik ma na myśli. – Ukraść, żeby nie piał.
    - Co ukraść żeby nie piał? Głos? – spytała osłupiała Artystka.
     - Chryste Panie, kobito… Głos chcesz kraść bez koguta?
     - To pan Górnik… - zaprotestowała słabo.
     - Koguta ukraść! – huknął Górnik przyglądając się Artystce jak ciekawemu okazowi. Wiele głupich kobiet już widział, ale ta biła rekordy. – Zakradniemy się, ukradniemy i po ptakach – oświadczył w obrazowym skrócie.
     Maryś podrapał się po głowie.
    - Pomysł niegłupi… Tylko trzeba go zlokalizować.
    - Pomysł? – pisnęła Artystka. Zdecydowanie nie miała dziś dobrej passy.
     - Koguta. – Maryś bardziej od Górnika był odporny na jej osobliwy intelekt. – To nie będzie trudne, za murem są tylko trzy gospodarstwa. Wystarczy, że rano się uważnie posłucha, a w najgorszym razie odwiedzimy wszystkie kurniki. Wejdzie się po cichu, koguta pod pachę i jazda z powrotem. Ma ktoś doświadczenie z ptakami?
    - Ja mam, ja mam! – wyrwała się Artystka, pewna, że tym razem się nie wygłupi.
     W tamtych czasach, jak zwykła nazywać życie przed śmiercią, po jednej uroczystej premierze, w której była gwiazdą, zakochany w niej do szaleństwa dyrektor teatru, żeby uczcić jej sukces i podkreślić głębokie uwielbienie, jakie dla niej żywił, zamówił setki białych gołębi, które po zakończonym spektaklu miały wzlecieć ku niebu. Kilka sztuk, zamiast wolności i błękitnych przestworzy, wybrało krągłe ramiona gwiazdy. Artystka była zachwycona; gołębie delikatnie przycupnęły, pogruchując trwożliwie i zanurzając dzióbki w jej włosach, jakby szukały ratunku.
    - I nie osrały pani? – zdziwiła się szczerze Starsza Bliźniaczka. – Na balkon zawsze srały, aż znajomy weterynarz poradził, żeby im trutkę w chlebie położyć.
    Artystka uznała za stosowne nie reagować na tak prostackie zaczepki.
    - Wszyscy potem mówili, że mam rękę do ptaków. Nawet kanarka dostałam… - rozmarzyła się. – Kubuś mu było… Uwielbiał, jak do niego czule przemawiałam…
    - Więc załatwione! – ucieszył się Maryś zacierając ręce. – My idziemy jako forpoczta, w razie konieczności oczyszczamy teren, a pani se pogada z kogutem.
   Ojciec Rodzina zamachał rękami.
   - Proszę państwa, proszę państwa, tak nie można! To trzeba doprecyzować! Co znaczy: my idziemy? My, czyli kto? Ktoś musi stać na straży, a jak gospodarze cierpią na bezsenność? Albo ptactwo raban podniesie? To ustalić wszystko trzeba, policzyć, zapisać…
   Górnik popatrzył na niego z jawnym wstrętem.
    - A pan to w poprzednim życiu byłeś sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej w powiecie czy aptekarzem? – zainteresował się.
    - Kto chce brać udział w operacji „Uprowadzenie koguta” ręka do góry? – zapytał Ojciec Rodzina podnosząc się z miejsca i nie zwracając uwagi na docinki. Nic nie było w stanie mu przeszkodzić. Wreszcie był w swoim żywiole. Ta banda kretynów nie ma pojęcia o planowaniu. Niech się cieszą, że w ogóle chce im pomóc. Jeśli o niego chodzi, ten kogut może sobie piać do końca świata…  - Raz, dwa – zaczął liczyć uniesione w górę ręce. – Panów mam liczyć jako trzech, czy jednego? – zwrócił się do motocyklistów, których ręce wyciągnięte były najwyżej.
    - O nie - zaprotestował Maryś. – Idzie tylko ten, kto ma głowę na karku.
    - A w ucho chcesz? – zapytał z przyzwyczajenia Górnik, który nie mógł pozostać obojętny na obrażanie swoich najbliższych współmieszkańców. Krypty motocyklistów znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie jego miejsca spoczynku, co sprawiało, że  czuł się za nich osobiście odpowiedzialny. Po chwili jednak machnął ręką, dając spokój pogróżkom.
    - Tysiąc razy wam mówiłem – zwrócił się z rezygnacją do motocyklistów, - że lepsza taka głowa, niż żadna.
    - Wiemy szefie, ale on się wstydzi…
Bezgłowy motocyklista zwiesił ramiona i zaczął nerwowo skubać dół skórzanej kurtki.
     - Co z jego głową? – zaciekawił się Poeta, który od dłuższego czasu walczył z ziewaniem. – Nie był urodziwy?
   Górnik zawahał się, czy powinien wtajemniczać, bądź co bądź wrogów, a już na pewno antagonistów, w intymne sprawy jego części cmentarza. Maryś wyczuł te rozterki i oświadczył.
    - Teraz mamy ważniejsze sprawy niż wzajemna niechęć. Wrócimy do niej później, jak już ukradniemy koguta i wymyślimy, co zrobić, żeby nam cmentarza nie zabrali.
    - Akurat! Ja powiem, a ty to potem wykorzystasz przeciwko nam – mruknął ponuro Górnik. – Znam cię…
    - Widać nie najlepiej – obruszył się Maryś. Podniósł się z miejsca, wyciągnął do góry lewą rękę, prawą położył sobie na sercu. W blasku księżyca wyglądał dostojnie i podniośle.  – Uroczyście przysięgam… - zaczął.
    - Dobra, dobra… - machnął ręką Górnik. – Powiedzcie im chłopaki.
Motocykliści oderwali się od chropowatego muru, przy którym siedzieli. Bezgłowy trochę się ociągał, ale najwidoczniej nie chciał zostać sam i razem z pozostałymi wystąpił na środek dziedzińca.
    - Waldek stracił głowę – zaczął najwyższy z nich, - w tamtym wypadku, co to my wszyscy… - chrząknął zakłopotany.. – Wsadzili  ją do trumny, z tym, że … nie przytwierdzili na stałe. Poza tym jest, jakby tu… kapkę zdeformowana… Nie żeby brzydka, jak pan Poeta sugeruje, co to, to nie! – zastrzegł. - Ale nieco… hmm, inna niż głowy bywają na ogół…
    - Coś kręcisz – powiedział Poeta. – Jak: inna? Kwadratowa?
    - Co literat, to literat – z uznaniem pokiwał głową niższy motocyklista. – Umie nazywać głowy po imieniu… znaczy się, rzeczy.
    - Nie?! – wykrzyknął Poeta z niedowierzaniem, klepiąc się po udach. - Kwadratowa?! Naprawdę?! Niech ja skonam, muszę to zobaczyć!
     Nagle bezgłowy motocyklista zaczął się niespokojnie kręcić. Puścił przytrzymującą go rękę kolegi,  przykucnął i pochylony obmacywał teren wokół siebie, najwyraźniej czegoś szukając. Towarzystwo przerwało rozmowy, przyglądając się z zainteresowaniem.
    - Czegoś szuka. Może skarbu? – zauważyła Starsza przysuwając się nieco bliżej. – Zamek tu w końcu był…
    - Raczej głowy.
    - Albo kwiatków chce nazbierać… Słuchajcie, uplecie sobie wianek, założy na szyję i nikt się nie pozna, że to nie głowa…
    Motocyklista najwidoczniej znalazł to, czego szukał, bo wyprostował się gwałtownie. W tej samej chwili ostry świst przeciął powietrze, a Poeta z wrzaskiem złapał się za skroń. Niewielki kamień wytraciwszy impet upadł u jego stóp.
    - Zabić mnie chciał, widzieliście?! – wrzasnął dramatycznie.
   - Ma cela! – z podziwem zauważył Ojciec Rodzina. – A panu się należało – dodał z naganą. – A teraz proszę państwa dosyć tych rozrywek, bierzemy się do roboty! Dużo rzeczy jeszcze zostało do zaplanowania, a tu świt zaraz!

4 komentarze:

  1. No teraz każdej wizycie na cmentarzu będą towarzyszyć mi różne niestandardowe refleksje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki miałam zamysł. Precz ze standardem :)

      Usuń
  2. nietuzinkowe sąsiedztwo i towarzystwo sprawdza się w każdych okolicznościach ... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest właśnie sedno: w każdych, bez wyjątku :)

      Usuń